Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 listopada 2018

Ćma


Był już późny wieczór, gdy usłyszałam trzepot jej skrzydeł obijających się o szybę. Była większa niż jej siostry, których martwe ciała z taką mnogością słaniały się gdzieś w kątach mojego pokoju i które tak pieczołowicie zbierałam do pudełeczka po stalówkach, by później je narysować. Chcesz wejść? Proszę. I już była w środku. Wtedy dopiero zrozumiałam i przestraszyłam się. Zginie jak inne. Poczekaj, wróć, wypuszczę Cię. Ale ona już gdzieś zniknęła.

Rankiem siedziała na szybie. Bardzo ostrożnie otworzyłam okno i pokazałam jej drogę na wolność.


W tym zeszycie Rafał będzie się uczył francuskiego.

czwartek, 26 października 2017

Jesienne życzenia

Ten ostatni powrót do domu to była podróż zapachów. Najpierw z niespokojnego snu wyrwał mnie intensywny aromat kawy. Chłopak o skórze koloru jej ziaren odkręcił słój, żeby jego sąsiad mógł powąchać, ale ten zapach dotarł aż do mnie, siedzącej po drugiej stronie pociągowego korytarzyka. Zadział na mnie bardzo mocno, niemal jak łyk espresso i przez dobrą godzinę wpatrywałam się w ciemność za oknem. A potem przyszedł czas na tramwaj. Znów nieprzytomna, próbowałam znaleźć sposób, jak przebyć pieszo ostatnie 15 minut do domu. W perspektywie miałam spacer przez wilgotną, ciemną łąkę i piaszczystą drogę pełną dziur-niespodzianek. I właśnie wtedy, po raz pierwszy tej jesieni, poczułam je. Mandarynki. Ich woń dobiegała zza moich pleców. Dwie Hiszpanki o 5 nad ranem w starym tramwaju gdzieś pośrodku niczego obierały sobie w najlepsze mandarynki. Wzięłam głęboki oddech. Ich zapach wciąż był ze mną, gdy po cichutku przekręcałam klucz w drzwiach domu.


czwartek, 7 września 2017

Minęło

Czasem wystarczy wykradziony kwadrans o poranku, kilka akwarelowych plam i czarny tusz, żeby to, co od tak dawna gniecie w serce, znalazło się na papierze. Teraz można odetchnąć, choć na chwilę.


Czas płynie szybciej, niż myślę.

sobota, 12 listopada 2016

Warsztaty drukarskie

Gdzieś pośród ostatniego lata błądziłam sobie ulicami Warszawy aż znienacka trafiłam tam - do nowo otwartej Galerii Pięknych Książek. I przepadłam wśród licznych egzemplarzy książek artystycznych przywiezionych z różnych stron świata. Wszystkie robione ręcznie, w których nie tylko słowa mają znaczenie, ale także faktura papieru, zapach farby, ich oryginalny kształt. Których po prostu trzeba dotknąć.

Właściciel Galerii - Gwido - już wtedy zapowiedział warsztaty druku, które od dawna siedziały mi w głowie. Czekałam na nie niecierpliwie aż do ostatniej niedzieli. Wszystko zaczęło się od krótkiego słowa o metodach druku, potem każdy z nas wybrał sobie haiku, które mieliśmy przenieść na papier na jednej wspólnej pracy.Ja wybrałam haiku autorstwa Basho. W wierszowniku układaliśmy po kolei czcionki. Musieliśmy je bardzo mocno trzymać, żeby się nie porozsypywały. Gotowe wersy trafiły do ramy, a ona, po ułożeniu kompozycji i zabezpieczeniu czcionek przed wypadaniem, na maszynę drukarską.




Najbardziej wyczekiwanym i ekscytującym momentem było pojawienie się na próbnym papierze liter mokrych od farby. Jednak wcześniej trzeba było jeszcze rozetrzeć farbę, nałożyć ją i rozprowadzić na wałkach maszyny, które następnie barwiły czcionki. Ale gdy wszystko było już przygotowane i do maszyny włożyliśmy pierwszy arkusz, serce zabiło mi mocniej. Widziałam, jak spod wałka wyłaniają się świeżo wydrukowane litery. Nie zawsze idealne, a piękne. Pewnie dlatego zajęłam miejsce diabła drukarskiego - odbierałam arkusze wychodzące z maszyny.



No i najważniejsze - efekt naszej pracy:





Zdjęcia robił nasz mistrz Gwido - dlatego nie ma go na żadnym z nich. Wszystkich serdecznie zapraszam na fejsbukową stronę Galerii. Wystarczy kliknąć o tu.

niedziela, 20 marca 2016

Ania i Daniel

Ani marzyły się sówki, a Danielowi się to całkiem spodobało, więc Joda przez kilka dni ciężko pracowała, żeby powstały zupełnie niepowtarzalne zaproszenia:


 


Te przeurocze sówki to stemple Lemonade kolorowane ręką Jody. Literki to też sprawka tej ręki. 

poniedziałek, 26 października 2015

Zosia i Marek


Zosia to księżniczka, Marek matematyk, ale oboje marzą o wspólnym sadzie. Dlatego pod koniec sierpnia zdecydowali, że już zawsze będą razem, a ja miałam tę radość, że mogłam wspierać ich od kuchni. 
Co z tego wyszło? Proszę popatrzeć:





Kartka, którą im podarowałam:



I ostatnie zdjęcie, jeśli jeszcze mi nie uwierzyliście, że Zosia to prawdziwa księżniczka!



To i większość zdjęć w tym poście zawdzięczam super-fotografowi - Adamowi Zaszkowskiemu.

poniedziałek, 21 września 2015

Chciałam napisać. Dużo. O tym, jak się bardzo zastanawiam. Czy mam na siebie naciskać. Czy, jeśli nie mam ochoty, to nie. Trudno. Porysuję choćby jutro.
Mam w głowie coś, ledwie zacznę to wyciągać na biurko i już myślę: nie dziś, dziś nie wyjdzie. Jutro będziesz mądrzejsza, zrobisz to lepiej.

Ale jednak nie piszę, bo mi się nie chce. Cześć!

I popatrzcie jeszcze chwilę na szkicownik dla Malki. Żeby jej się chciało.




 Za śliczne zdjęcia ślicznie dziękuję Annie. Buziaki!

środa, 22 lipca 2015

Wigry, Wigry, Wigry!

Ostatnio ręka Jody ciągle poplamiona atramentem. Co prawda owe plamy znikają podczas intensywnego mycia włosów, ale bardzo szybko powstają nowe. Od Letniej Szkoły Kaligrafii i Iluminacji ani dnia bez linijki!

Całe dnie spędzone w skryptorium wśród murów pokamedulskiego klasztoru w Wigrach, godziny kaligrafowania, malutkie filiżanki z zieloną herbatą, tańce regencyjne, najpyszniejsze pierogi z gorącymi malinami, ważne rozmowy i mądre słowa, a przede wszystkim cudnie zakręceni ludzie z najlepszymi tutorami - Nibme i Grzegorzem - na czele. Tak pokrótce można opisać ostatni tydzień. To znamienne - każdy z uczestników warsztatów miał w sobie to coś, co tworzyło fenomenalny klimat. Bo przecież nie można być do końca normalnym, by w letni, wakacyjny tydzień, zamiast cieszyć się pięknem Wigier, pisać literki!

Podpis na oknie mojego eremu. Wykonany dnia drugiego.
Oczywiście, zaczęłyśmy (bo miałyśmy bardzo dziewczyńską grupę) od najtrudniejszego, więc nie bez powodu najbardziej efekciarskiego, copperplate'a (kursywa angielska) oraz gotyckiej fraktury. Droga była długa, kręta i skalista (jak widać na zdjęciu powyżej). Co ważne, warsztaty nie polegały jedynie na ćwiczeniach we własnym zeszycie - pod koniec tygodnia odbył się wernisaż, na którym każdy z uczestników mógł przedstawić swoje prace. Myślę, że dawało mi to bardzo dużo motywacji, poczucie, że cały czas do czegoś zmierzam, pobudzało kreatywność. Niestety, dziś moich końcowych prac tu nie pokażę - ruszyły w świat, a na zdjęcia musimy jeszcze trochę poczekać.

Dobrej nocy!