Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże małe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże małe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 października 2017

Jesienne życzenia

Ten ostatni powrót do domu to była podróż zapachów. Najpierw z niespokojnego snu wyrwał mnie intensywny aromat kawy. Chłopak o skórze koloru jej ziaren odkręcił słój, żeby jego sąsiad mógł powąchać, ale ten zapach dotarł aż do mnie, siedzącej po drugiej stronie pociągowego korytarzyka. Zadział na mnie bardzo mocno, niemal jak łyk espresso i przez dobrą godzinę wpatrywałam się w ciemność za oknem. A potem przyszedł czas na tramwaj. Znów nieprzytomna, próbowałam znaleźć sposób, jak przebyć pieszo ostatnie 15 minut do domu. W perspektywie miałam spacer przez wilgotną, ciemną łąkę i piaszczystą drogę pełną dziur-niespodzianek. I właśnie wtedy, po raz pierwszy tej jesieni, poczułam je. Mandarynki. Ich woń dobiegała zza moich pleców. Dwie Hiszpanki o 5 nad ranem w starym tramwaju gdzieś pośrodku niczego obierały sobie w najlepsze mandarynki. Wzięłam głęboki oddech. Ich zapach wciąż był ze mną, gdy po cichutku przekręcałam klucz w drzwiach domu.


czwartek, 3 sierpnia 2017

Jacek

- Chcesz wejść do środka? Słońce świeci mi prosto w twarz, gdy tak tu siedzimy.

Drewniane drzwi, na nich wyryte te trzy litery. CMB. Pod nimi krzyż. Wchodzimy do sieni, on zmienia buty.

- To tylko dla wygody - wyjaśnia. Tuż za nami przemyka jego obrażalska kotka. 

Chata, oprócz sieni, składa się z dwóch izb. W pierwszej z nich piec, taki sam stoi w rodzinnym domu mojego ojca. W drugiej szerokie drewniane łóżko, nad łóżkiem ikona Chrystusa Pantokratora. 

Siadamy przy stole, w dłoniach wciąż ściskam blaszany kubek. Kawa jest już jednak zimna. Zaczynam pytać, ja - strasznie ciekawska, on - straszny gaduła. Spędzamy więc razem całe przedpołudnie. 

- Wiesz, jak już coś wybiorę, to całym sobą. Tak było z muzyką, tak było z dziennikarstwem, tak było z rodziną. I tak też jest z chatą. Nie angażuję się we wszystko, długo się zastanawiam. Ale gdy już podejmę decyzję, wkładam w nią całe swoje serce. 

- Ta chata. To kiedyś był spichlerz. Kupiłem ją za grosze. Tak wyglądała tam, gdzie stała wcześniej - podaje mi album. - Wszystkie belki ponumerowałem. Ale, gdy zwiozłem je tutaj, był taki bałagan, że trzy dni leżałem w rozpaczy.

Na belce nad drzwiami data: 1920. Obok mnie regał, sięga aż do sufitu. Kolejny stoi w sypialni. Dużo filozofii i klasyki, nowości zaledwie kilka, trochę reportażu. 

- Wszystkie te książki zebrałem przez ostatnie sześć lat. Większość z nich dostaję albo ratuję przed wyrzuceniem. Mieszkałem kiedyś wyżej - machnięciem ręki wskazuje kierunek. - Ale tamten dom spłonął, a wraz z nim książki, które zbierałem przez całe życie.

Zapominam się i badam wzrokiem jego twarz. Patrzy na mnie i uśmiecha się z zakłopotaniem. Wtedy, w głębokich zmarszczkach wokół jego oczu, odnajduję bezpieczeństwo. I jest coś jeszcze. To chyba dom.       

- Latem mam dużo więcej pracy. Ciągle jest coś do skoszenia, naprawy, muszę też przygotować drewno na zimę. 

Opowiada więcej i więcej. O tym, jak wyglądają jego dni, jakie problemy pokonuje. O tym, czy i jak jest szczęśliwy.

- Odwiedzają mnie tu trzy osoby. Nie, nie rodzina. Widzisz, kiedy podejmujesz taką decyzję, musisz się liczyć z tym, że niewielu przyjaciół zostanie. Ale nie potrzebuję ich więcej. Mam świadomość, że ci, którym na mnie zależy, gdzieś tam są i pewnego dnia znów zadzwonią, przyjadą. I ta świadomość wystarcza. 

Powoli dopijam zimną kawę. To już ostatni łyk.

- Szkoda, że nie przyszłaś wcześniej. Wiesz, gdy padało. Mielibyśmy więcej czasu na rozmowę.

____________________________________________________________________________

Kilka dni wcześniej, zanim poznałam Jacka, zrobiłam zeszyt:



wtorek, 17 listopada 2015

Introligatorskie warsztaty w Krakowie



Ostatnio odwiedziłam Kraków. Byłam odrobinę zalękniona strasznym smogiem, ale bardziej podekscytowana spędzeniem soboty i niedzieli w karmelickiej piwnicy, ucząc się podstaw introligatorstwa. Organizatorem warsztatów był oczywiście kochany Kaligraf, a naszym Mistrzem introligatorskim Jan Grochocki (gorąco zachęcam do odwiedzenia strony jego pracowni i podziwiania!).

Marzenie o byciu introligatorem urodziło się w mojej głowie, kiedy jako mała dziewczynka przeczytałam Atramentowe serce i zapragnęłam być jak Mo. Szybko porzuciłam tę myśl na rzecz stania się filozofo - astronomem. Pomysłów było jeszcze kilka i wciąż nie wiem, jak to się stało, że wylądowałam na Politechnice. Introligatorstwo jednak wciąż kłębiło mi się gdzieś z tyłu głowy, a odkąd odkryłam, jaką przyjemność sprawia mi przycinanie, składanie, sklejanie, dotykanie - samo obcowanie z papierem, wiedziałam, że muszę zobaczyć, jak to się robi "po Bożemu". 

Warsztaty rozpoczęły się krótkim zwiedzaniem zbiorów bibliotecznych Klasztoru Karmelitów na Piasku. Później zamknęliśmy się w piwnicy, by w skupieniu pracować. Każdy z nas, pod (czasem bardziej, czasem mniej) czujnym okiem Jana, wykonał notes w sztywnym pokrowcu. Nie było to łatwe zadanie, ale - co bardzo piękne - wszyscy pomagaliśmy sobie, jak tylko potrafiliśmy najlepiej. Takie spotkania zawsze niosą za sobą dużą dawkę ludzkiej życzliwości. Podobno nikt nie jest zadowolony ze swej pierwszej zszytej książki, najważniejsze, że dokładnie poznaliśmy podstawowe tajniki sztuki introligatorskiej, na bazie których każdy może się doskonalić w zaciszu swojego domu. 

Ręce Jody w trakcie klejenia zeszytu.

I najważniejsze -  efekt końcowy!





wtorek, 8 września 2015

Wigry, Wigry, Wigry: część II, czyli slajdowisko

Dziś bez zbędnych słów. Usiądźcie wygodnie - zapraszam do oglądania dawno obiecanych zdjęć z Letniej Szkoły Kaligrafii i Iluminacji

Grzegorz czaruje na papierze. 


Czas w skryptorium płynie zupełnie inaczej.


Tęcza nad skryptorium - tylko ona mogła nas stamtąd wyciągnąć. 

 
Pokursowy wernisaż, czyli wino, kaligrafia, rozmowy i dużo radości. 

J.R.R. Tolkien

Atramentowe serce
Za zdjęcia dziękuję pięknie Ani i Karolinie. Pozdrowienia dla wszystkich Wigrowiczów!