czwartek, 3 sierpnia 2017

Jacek

- Chcesz wejść do środka? Słońce świeci mi prosto w twarz, gdy tak tu siedzimy.

Drewniane drzwi, na nich wyryte te trzy litery. CMB. Pod nimi krzyż. Wchodzimy do sieni, on zmienia buty.

- To tylko dla wygody - wyjaśnia. Tuż za nami przemyka jego obrażalska kotka. 

Chata, oprócz sieni, składa się z dwóch izb. W pierwszej z nich piec, taki sam stoi w rodzinnym domu mojego ojca. W drugiej szerokie drewniane łóżko, nad łóżkiem ikona Chrystusa Pantokratora. 

Siadamy przy stole, w dłoniach wciąż ściskam blaszany kubek. Kawa jest już jednak zimna. Zaczynam pytać, ja - strasznie ciekawska, on - straszny gaduła. Spędzamy więc razem całe przedpołudnie. 

- Wiesz, jak już coś wybiorę, to całym sobą. Tak było z muzyką, tak było z dziennikarstwem, tak było z rodziną. I tak też jest z chatą. Nie angażuję się we wszystko, długo się zastanawiam. Ale gdy już podejmę decyzję, wkładam w nią całe swoje serce. 

- Ta chata. To kiedyś był spichlerz. Kupiłem ją za grosze. Tak wyglądała tam, gdzie stała wcześniej - podaje mi album. - Wszystkie belki ponumerowałem. Ale, gdy zwiozłem je tutaj, był taki bałagan, że trzy dni leżałem w rozpaczy.

Na belce nad drzwiami data: 1920. Obok mnie regał, sięga aż do sufitu. Kolejny stoi w sypialni. Dużo filozofii i klasyki, nowości zaledwie kilka, trochę reportażu. 

- Wszystkie te książki zebrałem przez ostatnie sześć lat. Większość z nich dostaję albo ratuję przed wyrzuceniem. Mieszkałem kiedyś wyżej - machnięciem ręki wskazuje kierunek. - Ale tamten dom spłonął, a wraz z nim książki, które zbierałem przez całe życie.

Zapominam się i badam wzrokiem jego twarz. Patrzy na mnie i uśmiecha się z zakłopotaniem. Wtedy, w głębokich zmarszczkach wokół jego oczu, odnajduję bezpieczeństwo. I jest coś jeszcze. To chyba dom.       

- Latem mam dużo więcej pracy. Ciągle jest coś do skoszenia, naprawy, muszę też przygotować drewno na zimę. 

Opowiada więcej i więcej. O tym, jak wyglądają jego dni, jakie problemy pokonuje. O tym, czy i jak jest szczęśliwy.

- Odwiedzają mnie tu trzy osoby. Nie, nie rodzina. Widzisz, kiedy podejmujesz taką decyzję, musisz się liczyć z tym, że niewielu przyjaciół zostanie. Ale nie potrzebuję ich więcej. Mam świadomość, że ci, którym na mnie zależy, gdzieś tam są i pewnego dnia znów zadzwonią, przyjadą. I ta świadomość wystarcza. 

Powoli dopijam zimną kawę. To już ostatni łyk.

- Szkoda, że nie przyszłaś wcześniej. Wiesz, gdy padało. Mielibyśmy więcej czasu na rozmowę.

____________________________________________________________________________

Kilka dni wcześniej, zanim poznałam Jacka, zrobiłam zeszyt:



niedziela, 12 marca 2017

Cudowna podróż


Moje najpiękniejsze wakacje? Podróż po Bałkanach. Czekała na upamiętnienie od sierpnia 2015 roku. I choć mój świat od tego czasu tak bardzo się zmienił, nie potrafiłam zostawić tego albumu niedokończonego. To jeden z moich najważniejszych projektów, jeden z tych, które wypływają z najgłębszych miejsc i bardzo długo dryfują po powierzchni, aby doczekać ostatecznego kształtu.















sobota, 14 stycznia 2017

"31.12.79: Już wkrótce"

Cześć w 2017. Strasznie się zrobiło późno, prawda? Zwłaszcza na zaczynanie życia od nowa. 


A z drugiej strony mam wrażenie, że mój czas się jakoś tak dziwnie rozciągnął. Kilka dni temu nauczyłam się odpuszczać i teraz czuję w sobie niesamowity spokój. Nie spodziewałam się, że uda mi się tu pojawić przed końcem stycznia, a wystarczyło dać sobie więcej czasu, pozwolić sobie choć raz na niebycie doskonałą. 


Czuję się teraz tak, jakbym obserwowała życie z boku. Spokojnie sobie oddycham i patrzę na tę pędzącą w dół stoku śniegową kulę, z której przed chwilą wyskoczyłam. I, pomimo wszystkich innych uczuć tłoczących się we mnie, w środku, ten widok sprawia, że znów żyję. Nie, nie tylko żyję. Ja moje życie przeżywam!




Ten tryptyk ATC (jest tak bardzo mój!) wykonałam w listopadzie, jeszcze w ramach DT Scrapbooking Shop. Słowa pochodzą z wiersza Stanisława Barańczaka, polecam poczytać. Trzymajcie się!


środa, 23 listopada 2016

Po warsztatach z Gurianą


W ostatnią sobotę na Art in Town spróbowałam czegoś zupełnie nowego. Co prawda warsztaty z Gurianą to nie był mój pierwszy raz z lutownicą, ale jeszcze nigdy nie używałam jej w ten sposób. Dorota uczyła nas, jak z płaskich kawałeczków miedzi stworzyć coś zupełnie nowego - małą ramkę na tekst. Długo czekałam na te warsztaty i byłam bardzo podekscytowana. Tworzyłyśmy na bazie starej książki w bardzo gurianowym, tkaninowym i postrzępionym stylu. Mam nadzieję, że udało mi się na zdjęciach przemycić choć trochę tego babcinego ciepła, które kryje się w moim nowym art journalu.



Przepraszam, że ostatnio jest tu tak mało słów, które przecież są dla mnie bardzo ważne. Dookoła tłoczy się zbyt wiele smutków i obowiązków, a potencjał klawiatury muszę poświęcać na sprawy mniej memu sercu bliskie. Działa to przytłaczająco i sprawia, że zaniedbuję sfery, które powinnam pielęgnować.



sobota, 12 listopada 2016

Warsztaty drukarskie

Gdzieś pośród ostatniego lata błądziłam sobie ulicami Warszawy aż znienacka trafiłam tam - do nowo otwartej Galerii Pięknych Książek. I przepadłam wśród licznych egzemplarzy książek artystycznych przywiezionych z różnych stron świata. Wszystkie robione ręcznie, w których nie tylko słowa mają znaczenie, ale także faktura papieru, zapach farby, ich oryginalny kształt. Których po prostu trzeba dotknąć.

Właściciel Galerii - Gwido - już wtedy zapowiedział warsztaty druku, które od dawna siedziały mi w głowie. Czekałam na nie niecierpliwie aż do ostatniej niedzieli. Wszystko zaczęło się od krótkiego słowa o metodach druku, potem każdy z nas wybrał sobie haiku, które mieliśmy przenieść na papier na jednej wspólnej pracy.Ja wybrałam haiku autorstwa Basho. W wierszowniku układaliśmy po kolei czcionki. Musieliśmy je bardzo mocno trzymać, żeby się nie porozsypywały. Gotowe wersy trafiły do ramy, a ona, po ułożeniu kompozycji i zabezpieczeniu czcionek przed wypadaniem, na maszynę drukarską.




Najbardziej wyczekiwanym i ekscytującym momentem było pojawienie się na próbnym papierze liter mokrych od farby. Jednak wcześniej trzeba było jeszcze rozetrzeć farbę, nałożyć ją i rozprowadzić na wałkach maszyny, które następnie barwiły czcionki. Ale gdy wszystko było już przygotowane i do maszyny włożyliśmy pierwszy arkusz, serce zabiło mi mocniej. Widziałam, jak spod wałka wyłaniają się świeżo wydrukowane litery. Nie zawsze idealne, a piękne. Pewnie dlatego zajęłam miejsce diabła drukarskiego - odbierałam arkusze wychodzące z maszyny.



No i najważniejsze - efekt naszej pracy:





Zdjęcia robił nasz mistrz Gwido - dlatego nie ma go na żadnym z nich. Wszystkich serdecznie zapraszam na fejsbukową stronę Galerii. Wystarczy kliknąć o tu.

wtorek, 11 października 2016

Część Pierwsza


We wrześniu dołączyłam do grona projektantów Scrapbooking Shopu, czyli najładniejszego sklepu w Warszawie, gdzie każda prawdziwa scrapbookerka może umrzeć ze szczęścia. Zdjęcia z jego wnętrza na pewno się tu już niedługo pojawią.

Jako pierwszą inspirację przygotowałam podłużny notesik wykonany ze skrawków papierów scrapbookingowych, które tak bardzo lubię, stron ze starych książek i gazet, potem delikatnie zmediowałam okładkę. W środku znalazł się stary czerpany papier. 




Użyte przeze mnie produkty: